Close

Idealne auto dla ludzi, którzy nie interesują się autami

Nie każdy potrzebuje mocarnego silnika i przyspieszenia zdzierającego skórę z twarzy. Nie każdy musi mieć na pokładzie wodotryski i najnowsze zdobycze technologii. Nie każdy chce mieć wóz, który będzie kuł w oczy sąsiadów, robił wrażenie na przechodniach i wywoływał efekt „WOW”. Wielu osobom do pełni szczęścia wystarczy tak naprawdę tylko jedno – Kia Venga.

Pamiętacie modę z ostatniej dekady XX i pierwszej XXI wieku na minivany? Były odpowiedzią koncernów na zapotrzebowanie milionów europejskich rodzin, które potrzebowały wozów stosunkowo niewielkich z zewnątrz, ale przestronnych w środku. Takie auta nie musiały mieć wyrafinowanych rozwiązań technologicznych, mocnych motorów pod maskami ani designu zwalającego z nóg. Liczyło się to, że były w stanie przetransportować wygodnie 4- czy 5-, a niekiedy nawet 7-osobowe rodziny z punktu A do punktu B za bardzo rozsądne pieniądze. Najpierw takie minivany zadomowiły się w segmencie C (wystarczy wspomnieć choćby Volkswagena Tourana, Opla Zafirę, Renault Scenica czy Forda C-Maxa), ale – w związku z szybko rosnącą popularnością – koncerny zaczęły zjeżdżać z nimi także o szczebel niżej – do segmentu B. Fiat Idea, Toyota Yaris Verso, Opel Meriva, Suzuki Ignis, Lancia Musa itd. – wszystkie te samochody łączyło jedno: za cenę nieznacznie wyższą niż w przypadku tradycyjnego „mieszczucha”, otrzymywaliśmy znacznie więcej niż w nim przestrzeni i funkcjonalności. Do tego dochodziła lepsza widoczność zza kierownicy, ułatwione wsiadanie i wysiadanie, czy prostsze zapinanie dzieci w fotelikach.

Dzisiaj na rynku zostały już tylko trzy takie modele – Kia Venga, Hyundai ix20 oraz Honda Jazz. Dni tych dwóch pierwszych są już policzone, a los trzeciego – niepewny. Jak do tego doszło?

Nie jest żadną tajemnicą, że wszelkiego rodzaju vany – i te duże, i średnie, i małe – od kilku lat są skutecznie wygryzane z rynku przez SUV-y i crossovery. Bo te mają identyczne zalety co one, ale są „modniejsze”. Podwyższone, z większymi prześwitami, atrakcyjniejsze stylistycznie, bardziej zaawansowane technologicznie. No i też mamy je już w każdym segmencie, łącznie z miejskim. Vany pod każdą postacią straciły rację bytu. Czy w takim wypadku w ogóle warto zainteresować się Kią Venga? Przecież to konstrukcja, która ma już swoje lata i – mówiąc krótko – jest równie modna, co tweedowa marynarka, spodnie ogrodniczki i męskie kapelusze z dużym rondem. W dodatku za chwilę minivan Kii zostanie całkowicie unicestwiony – na stoku zostało kilkaset ostatnich egzemplarzy. I nie powstanie ani jeden więcej.

Sęk w tym, że znam mnóstwo osób, dla których samochód nigdy nie był, nie jest i najprawdopodobniej nigdy nie będzie wyznacznikiem statusu społecznego, poziomu zamożności czy stylu życia. Nigdy nie marzyli o żadnym Ferrari, nie oglądali wyścigów F1 w telewizji z wypiekami na twarzy (nawet wtedy, gdy Kubica odnosił sukcesy w teamie Renault), a zapytani w Milionerach o to, kim jest Ferdinand Piech zaznaczyli by pewnie odpowiedź „Austriackim kompozytorem”, ewentualnie „Bawarskim cukiernikiem”. Po prostu motoryzacja ich nie kręci. I ja to szanuję. Rozumiem, że auto to w ich opinii zwykłe narzędzie. Takie samo, jak dla mnie kosiarka, wiertarka czy kuchenny mikser. One mają kosić, wiercić i miksować, a samochód ma jeździć. Po prostu. Ma transportować ich samych, ich rodziny, bagaże, siatki z zakupami, kosiarkę, donice, kosze z grzybami, meble z Ikei, rowery i wszystko, co sobie wymyślą pomiędzy domem, pracą, sklepem, przedszkolem, szkołą, działką, kościołem, Bałtykiem, Tatrami, lasem, domem teściów albo dzieci itd. Do tego chcą żeby było tanio (zarówno jeżeli chodzi o zakup, jak i eksploatację) i niezawodnie. I to właśnie takim osobom z czystym sumieniem chciałbym polecić Vengę.

Kupując jeden z ostatnich egzemplarzy Kia Venga, najlepiej w wersji Business Line za ciut powyżej 60 tys. zł, dostaniecie:

  • Sprawdzony, niezawodny, niewymagający, wolnossący silnik o pojemności 1.6 litra i przyzwoitej mocy 125 koni mechanicznych.
  • Wóz w rozmiarze S na zewnątrz, ale L w środku. Ma tylko 407,5 cm długości, niemniej dzięki „vanowatej” bryle nawet osobniki w okolicach 190 cm wzrostu będą miały tu wystarczająco dużo miejsca i na nogi, i nad głowami.
  • Przesuwaną tylną kanapę z pochylanymi oparciami, dzięki czemu będziecie mogli sami zdecydować – więcej miejsca dla pasażerów, czy dla bagaży. A tych wejdzie od 440 do 552 litrów!!! I jest jeszcze schowek pod podłogą np. na ubłocone gumiaki i parę drobiazgów. I to wszystko na długości niemal identycznej, jak w przypadku typowo miejskiego Rio.
  • Wyższą pozycję za kierownicą i lepszą widoczność w każdym kierunku.
  • Łatwiejsze wsiadanie i wysiadanie.
  • Mega ergonomiczne wnętrze, w którym wszystko jest czytelne i banalne w obsłudze jak włącznik światła w Waszym domu. Odnajdzie się tu nawet człowiek, który do dzisiaj nie zdecydował się na wymianę wysłużonej Nokii z dużymi klawiszami na smartfona.
  • Poczucie bezpieczeństwa. 6 poduszek powietrznych, ABS, kontrolę trakcji TCS, system stabilizacji toru jazdy ESC, a nawet wspomagający pokonywanie podjazdów HAC (auto nie stacza się do tyłu) i czujniki kontrolujące ciśnienie w oponach.
  • Niespotykane w tej klasie aut i w tej cenie wyposażenie. W wersji Business Line dostajemy bez żadnej dopłaty m.in.: automatyczną klimatyzację, kamerę cofania, 7-calowy prosty w obsłudze ekran dotykowy z nawigacją, światła do jazdy dziennej i tylne lampy w technologii LED, podgrzewane fotele i kierownicę (w polskim klimacie sprawdzają się od września do marca, a czasami nawet w lipcu), tempomat, elektrycznie składane lusterka, czujnik deszczu i świateł, a nawet półskórzaną tapicerkę!
  • Święty spokój dzięki 7-letniej gwarancji.

I to wszystko za dokładnie 61 790 zł. Serio. I wyłącznie z poczucia obowiązku nadmieniam, że jest to cena BRUTTO za NOWY samochód, a nie używkę. A jeżeli nie lubicie wciskać sprzęgła i majtać co chwilę prawą ręką to możecie dołożyć 5000 zł i wyjechać z salonu egzemplarzem z sześciobiegową skrzynią automatyczną.

Kto ma oczy, ten widzi, że Kia Venga nie jest typem przystojniaka, któremu dziewczyny będą rzucały się na maskę. Kto zna się choć trochę na sporcie ten wie, że w sprincie ten minivanik nie wykaże się zwinnością Usaina Bolta. Ale jednoczenie każdy, kto myśli praktycznie i zdroworozsądkowo zdaje sobie sprawę, że jeśli chodzi o relację ceny do jakości, przestronności i wyposażenia to ten wóz nie ma konkurenta.

Był kiedyś taki zespół Vengaboys. I choć z Vengą nie miał nic wspólnego, to nagrał dyskotekowy utwór, który całkiem nieźle oddaje ducha oferty wyprzedażowej minivana koreańskiej marki – „We like to party”. Bo taka kasa za takie auto to naprawdę powód do świętowania.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zgoda na przetwarzanie danych osobowych

Zgoda marketingowa