KIAwiarnia
Close

Rio, odc. 1: Tylko nie mów do mnie „mały”

Zaczynamy zabawę w Rio. Albo z Rio. Jak kto woli. To pierwsze auto Kii, które trafiło do naszego garażu i które mamy zamiar baaaaardzo dokładnie poznać, zbadać i przeczołgać, a następnie wam opisać. Oczywiście nie dzisiaj. To zajmie trochę więcej czasu więc przygotujcie się na kilka odcinków i większe przebiegi.

Zacznijmy od kilku suchych i twardych jak żelki z Biedronki faktów: Rio to przedstawiciel segmentu B, czyli od dekad najsmaczniejszego kawałka tortu motoryzacyjnego w Europie – w ubiegłym roku aż 40 proc. sprzedanych na Starym Kontynencie samochodów należało do tej grupy. Innymi słowy, Rio to mieszczuch. Ale nie zawsze tak było.

Poprzednikiem Rio był model Pride, produkowany od 1987 r.

Pierwsza generacja auta zaprezentowana w 1999 r. była czymś w rodzaju łącznika między segmentami B i C, sprzedawano ją wyłącznie w nadwoziach sedan oraz kombi. W 2005 r. zastąpiona została bardziej europejskim hatchbackiem, ale – na niektórych rynkach – pozostawiono klientom możliwość wyboru sedana. Podobnie było w przypadku trzeciej generacji samochodu (produkowana w latach 2011 – 2017), który jednocześnie był jednym z najdłuższych w swojej klasie. I tak zostało do dzisiaj.

Rio czwartej generacji mierzy dokładnie 4065 mm, co oznacza że jest o ponad 7 cm dłuższe od Skody Fabii, o 2,5 cm od nowego Forda Fiesty i całe 3 mm od Renalut Clio. Efekt dodatkowych centymetrów widać przede wszystkim w bagażniku – ma aż 325 litrów pojemności, czyli… raptem pięć mniej od Volkswagena Golfa IV generacji. Reasumując: nowe miejskie Rio ma kufer taki, jak kompakty sprzed 15 lat.

Wolnossące jednostki to dziś rzadkość. Rio jest wyjątkowe także z tego względu

Auto dostępne jest z trzema silnikami (dwa benzynowce z opcją dołożenia instalacji gazowej i jeden diesel) oraz w trzech wersjach wyposażenia: M, L i XL. Do testu wybraliśmy najmniejszego benzyniaka o pojemności 1,2 litra. Powód jest prosty: 90 proc. czasu auto ma spędzać w mieście, w drodze między domem, przedszkolem, szkołą, pracą, sklepem, warzywniakiem, dworcem, basenem, targowiskiem, fryzjerem, schowkiem na miotły itd. itp. Ścigać się będziemy najwyżej z rowerzystami, hulajnogami i matkami pchającymi wózki. A do tego celu 84 konie w zupełności wystarczą.

Przy wyposażeniu wybrzydzaliśmy bardziej. Padło na wersję L, która w standardzie oprócz sześciu poduszek powietrznych, ABS-u i systemu kontroli stabilności ma też automatyczną klimatyzację, światła dzienne LED, podłokietnik ze schowkiem, kierownicę obszytą skórą, wycieraczki z czujnikiem deszczu. Poza tym ładniej wygląda dzięki chromowanym klamkom, lakierowanym na wysoki połysk elementom wnętrza i czarnej atrapie chłodnicy oraz 15-calowym aluminiowym felgom.

Lampy w technologii LED to element pakietu stylistycznego

Znacie to uczucie, gdy stajecie przed lustrem i dochodzicie do wniosku, że generalnie wyglądacie w porządku, ale jednak czegoś wam brakuje? Innego krawata? Wisiorka? Makijażu? Włosów? A może wyższe szpilki by się przydały? No więc my mieliśmy tak samo z Rio. W konfiguratorze wyglądała fajnie, ale mogłaby jeszcze fajniej. No więc dokupiliśmy zmysłowy jak usta Marlin Monroe lakier Signal Red, a także pakiet stylistyczny, który powiększył koła do 16 cali, przyciemnił szyby, dorzucił lampy w technologii LED i jeszcze chromowaną listwę przy dolnej linii bocznych szyb. Do tego doszły elektryczne szyby z tyłu, a za całość dopłaciliśmy 2500 zł. Rozsądnie, biorąc pod uwagę że z taką biżuterią Rio wygląda naprawdę świetnie.

Z opcji dodatkowych na pokładzie pojawił się jeszcze pakiet Advanced Driving Assistance. Bo ma bardzo przydatną, szczególnie w mieście rzecz: Kia Brake Assist, czyli system autonomicznego hamowania wraz z wykrywaniem przechodniów. Gdy ktoś wyjdzie nam nagle przed maskę albo zatrzyma się przed nami, nie będziemy musieli się tłumaczyć. Taką przynajmniej mamy nadzieję… Ponadto w pakiecie jest też Kia Lane Departure Warning (system ostrzegający o niezamierzonej zmianie pasa ruchu), tempomat z ogranicznikiem prędkości, a także zestaw zegarów „Supervision” z 3,5-calowym wyświetlaczem komputera pokładowego.

Jako wisienkę na torcie zamówiliśmy Kia Navi System. Początkowo nie mieliśmy takiego zamiaru, bo przecież wiemy jak dojechać do ulubionego warzywniaka (a gdybyśmy nawet zapomnieli to przecież jest uchwyt na telefon + Google Maps), jednak skusiła nas… cena. Za sensowne 3500 zł dostajecie superczytelny dotykowy ekran 7″ zintegrowany z usługami renomowanego TomToma (w dodatku z siedmioletnią gwarancją darmowej aktualizacji map), port USB, Bluetooth i – uwaga! uwaga! – kamerę cofania. Doszliśmy zatem do wniosku, że lepiej wydać 3500 zł na nawigację z kamerą, niż później taką samą kwotę na naprawę i lakierowanie tylnej części auta…

A podsumowanie naszej konfiguracji wyglądało tak:

Nasze Rio wyceniono dokładnie na 63 390 zł i śmiało można powiedzieć, że to bardzo rozsądna i komfortowa wersja – ma wszystko, czego od niej oczekujecie i niczego, co uznać można by za zbędne czy niepotrzebne. Uważacie, że to drogo jak na miejskie auto? Podobnie skonfigurowany nowy Volkswagen Polo z silnikiem o niemal identycznych parametrach kosztuje 6-7 tys. zł więcej. Sama dopłata do nawigacji i kamery cofania to w przypadku niemieckiego auta wydatek 4500 zł. Nawet Hyundai i20 będzie o kilka tysięcy droższy.

A jak miejskie Rio jeździ? Na pierwsze wrażenia musicie chwilę poczekać.

S. Tinger

 

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zgoda na przetwarzanie danych osobowych

Zgoda marketingowa