KIAwiarnia
Close

Wreszcie jakiś powiew świeżości

Jedni nazywają go „sportowym”, inni wprost porównują do BMW, a pisma motoryzacyjne na każdym kroku podkreślają, że to najmocniejsza Kia w historii. Czy faktycznie jest się czym zachwycać?

Im dłużej testuję nowe samochody tym rzadziej mnie one czymś zaskakują. Owszem, lepiej wyglądają, lepiej się prowadzą, są zazwyczaj lepiej wykończone i lepiej wyposażone niż ich poprzednicy. Ale w gruncie rzeczy to te same auta. Co więcej, mam wrażenie, że obecnie producenci konkurują ze sobą głównie o to, kto zaprojektuje najbardziej fikuśne światła LED do jazdy dziennej – w kształcie koła, kwadratu, łuku, bumerangu, zwichniętej nogi albo jelita grubego. Bo pod każdym innym względem ich produkty są już bardzo podobne do siebie. To wszystko trochę zaczyna mi przypominać świat smartfonów – co rok wychodzi nowy model iPhone’a, Samsunga czy Huawei, który od starszej wersji różni się ekranem szerszym o 0,0001 mm oraz innym ułożeniem przycisków z boku obudowy. I to już naprawdę wszystko. Żadnej rewolucji.

Lampy w technologii Full LED są seryjne. Kolor Micro Blue kosztuje 3000 zł

Efekt jest taki, że o ile nowe auta są z reguły bardzo dopracowane to jednocześnie stały się nieco nudnawe. Jeżeli chcecie skosztować czegoś nietuzinkowego, mocnego i emocjonującego to musicie być przygotowani na to, że z waszego konta w banku zniknie suma, za którą można by kupić niezły apartament. Weźmy takie BMW serii 3 – model o oznaczeniu 330i od jakiegoś czasu ma już tylko cztery cylindry i choć jeździ naprawdę dobrze to macie świadomość, że w rzeczywistości zapłaciliście 175 tys. zł za wyrób czekoladopodobny, a nie BMW. Prawdziwa czekolada czyli wersja sześciocylindrowa 340i to już wydatek 239 tys. zł, przy czym kolejne 10 tys. wyłożycie na napęd na cztery koła i dodatkowe 50 tys. zł na wyposażenie, które faktycznie zbliży „trójkę” do prawdziwego auta klasy premium. Razem jakieś 300 tys. zł za samochód, który – umówmy się – jest równie sensacyjny co 2365. odcinek Klanu.

Dążę do tego, że w czasach ogromnego postępu technologicznego dostępnego dla wszystkich, niezwykle trudno jest zrobić auto, które chwyci Was  nie tylko za portfel, ale i za serce i pozwoli wykrzyknąć „Wow! To jest naprawdę coś!”. I w tym momencie wjeżdża na scenę Stinger V6. Mówiąc krótko: nie obchodzi mnie to, że jest to „najmocniejsza Kia w historii”. Dla mnie liczy się co innego – że Koreańczycy znaleźli na rynku niszę, którą zagospodarowali nie tylko nietuzinkowym i pięknym, ale przede wszystkim budzącym emocje samochodem.

Znak rozpoznawczy wersji GT – cztery końcówki układu wydechowego. I to prawdziwe. Spaliny wydobywają się ze wszystkich

Zacznijmy od tego, że nikt w tej klasie nie robi aut typu Gran Turismo, czyli ni to limuzyn, ni coupe tylko czegoś pomiędzy. Wiem, za chwilę w komentarzach napiszecie, że przecież jest Volkswagen Arteon. Tak, faktycznie. Znam go. Jeździłem nim. Tyle, że Arteon to tak naprawdę Passat, który założył dres i adidasy. Może fajnie wygląda, ale wszystko co w nim macie, możecie mieć również w Passacie, łącznie z silnikami. A to sprawia, że nie jest ani trochę wyjątkowy. To jest po prostu Passat.

Sportowe obuwie, czyli 19-calowe felgi plus czerwone zaciski Brembo

To samo dotyczy BMW 4 (które jest „trójką”) czy Audi A5 (które jest Audi A4). Stinger jest dłuższy i szerszy niż one, sprawia wrażenie znacznie bardziej muskularnego. Został po prostu od podstaw zaprojektowany jako coś zupełnie nowego. Innego. I za tą odwagę Kia ma u mnie dużego plusa. Stworzyła wóz, który wymyka się wszelkim znanym dotychczas schematom i segmentom. Zrobiła coś nowego, świeżego, nietuzinkowego i jednocześnie ryzykownego – bo musiała brać pod uwagę fakt, że ten eksperyment może się nie udać. Po prostu podeszła do tematu bardzo ambitnie.

Jeżeli chodzi o wnętrze Stingera GT to nie będę się rozpisywał bo większość informacji znajdziecie tutaj – w materiale, w którym razem ze św. Mikołajem jeździliśmy wersją z dieslem. Dodam tylko, że wersja GT ma w standardzie skórę Nappa, pompowane boczki w fotelach, a także opcję mierzenia przeciążeń oraz stopera w komputerze pokładowym. Poza tym jest tu przestronna kabina, przyzwoity bagażnik, bardzo dobra jakość wykończenia, porządne materiały, bardzo intuicyjna obsługa, czytelne zegary i zdecydowanie za małe pokrętło do zmiany trybu jazdy. Takie auto powinno mieć wielki czerwony guzik z napisem „SPORT”, a nie małego prztyczka, który wygląda jak gałka do sterowania głośnością radia.

Grzane i wentylowane fotele, kamery 360 stopni, pięć trybów jazdy, szczotkowane aluminium na konsoli środkowej. Wszystko w standardzie

Cyferkami z rubryki „dane techniczne” nie będę Was zanudzał bo na pewno dobrze wiecie, że wersja GT ma pod maską 3,3-litrowego sześciocylindrowca o mocy 370 koni, ośmiobiegową skrzynię automatyczną, przyspiesza do setki w mniej niż 5 sekund i maksymalnie jedzie 270 km/h. Możecie jednak nie wiedzieć, że jest tu też aktywny układ kierowniczy o zmiennym przełożeniu (na parkingu do pełnego skrętu kół wystarczy jeden obrót kierownicą), hamulce Brembo, napęd AWD płynnie rozdzielający napęd na każde z czterech kół oraz zawieszenie o zmiennej twardości. Najważniejsze jest jednak coś zupełnie innego – że wszystko to ze sobą zestrajał Albert Biermann. Bierman to taki motoryzacyjny odpowiednik Isaaca Newtona – połowę swojego życia poświecił temu, by sportowe odmiany BMW dzielnie opierały się prawom fizyki. Trzy lata temu przeszedł na stronę Koreańczyków. A Stinger jest pierwszym samochodem Kii, przy konstruowaniu którego uczestniczył od początku do końca. I wyraźnie to czuć.

Nie ma zakrętu, który byłby w stanie wyprowadzić Stingera GT z równowagi. Nawet jeżeli dodacie za dużo gazu na rondzie, auto i intuicja podpowiedzą wam co robić. Nie ma tu podsterowności, nerwowego zarzucania tyłem, cały czas doskonale wiecie, co dzieje się z kołami. Układ kierowniczy jest precyzyjny jak chirurg naczyniowy, ale jednocześnie pozbawiony jakiejkolwiek nerwowości. Innymi słowy – jest bardzo szybkie i równocześnie bardzo przewidywalnie.

Długa maska, subtelnie opadający ku tyłowi dach, przetłoczenia na drzwiach – trudno Stngera pomylić z innym samochodem

Wyobraźcie sobie, że jesteście właścicielem niezwykle groźnego ale też świetnie wychowanego dobermana. Chodzi bez smyczy tuż przy nodze, przybiega na każde gwizdnięcie, nie szczeka bez potrzeby, daje się podrapać za uchem, kocha dzieci, a gdy siedzicie w fotelu liże was po stopach. Ale gdy tylko usłyszy komendę „bierz go!” jest gotów odgryźć nogę każdemu, kogo wskażecie palcem. Dokładnie taki jest Stinger – mocny i szybki ale też dobrze wychowany i wytresowany.

Tu nawet instrukcja obsługi jest „premium” i ma skórzaną oprawę

Gdy zaparkowałem nim pewnego dnia pod osiedlowym sklepem podszedł do mnie jakiś człowiek i oznajmił, że chciał sobie go kupić ale uznał że – cytuję – „jest za mocny jak na polskie warunki”. Sęk w tym, że nie jest. Ani trochę. Najlepsze w tym aucie jest to, że w codziennym użytkowaniu jest bardzo komfortowe, przyjazne i średnio spala bardzo rozsądne 9-10 litrów benzyny. Wystarczy jednak wbić w jego zad ostrogi by zamienił się w pocisk. Choć szczerze należy też powiedzieć, że nie jest to „pocisk” na miarę usportowionych wersji BMW. Stinger nie ma ich agresywności i nie zachowuje się jakby próbował was zabić na każdym zbyt szybko pokonywanym zakręcie.

Sporo osób zarzuca też Stingerowi V6, że „nie brzmi jak sportowe auto”. Po pierwsze, można to niewielkim kosztem zmienić (istnieje możliwość zamontowania aktywnego wydechu – szczegóły zdradzą wam w salonie), a po drugie – dla mnie cisza to akurat zaleta. Ryk wydechu i silnika jest fajny na torze, przez piętnaście minut, góra godzinę. Ale gdy muszę przejechać kilkaset kilometrów, w dodatku z rodziną na pokładzie, to po prostu chcę, żeby każdy czuł się zrelaksowany. Nie chcę natomiast by każde mocniejsze przyspieszenie czy redukcja biegu były powodem koszmarów sennych moich dzieci.

Naprawdę, coraz rzadziej mam tak, że nie mogę się doczekać każdej, najkrótszej przejażdżki danym autem. Zdarzało mi się już, że aby odpocząć od siedzenia za kółkiem zostawiałem samochód pod biurem i wracałem do domu pociągiem. Tymczasem w przypadku Stingera zrywałem się rano z łóżka pół godziny wcześniej niż zwykle tylko po to, by pojechać nim do pracy dwa razy dłuższą drogą. A wieczorami podróżowałem z dziećmi bez celu po okolicy. Gdy natomiast pewnego dnia dałem je żonie żeby podjechała do sklepu za rogiem po karton mleka, wróciła po trzech godzinach z pustym bakiem i uśmiechem tak szerokim, jakby klimatyzacja rozpylała we wnętrzu gaz rozweselający. Nazwała Stingera „łagodnym potworem” i zapytała, czy nie moglibyśmy wstawić go do sypialni, żeby mogła dłużej cieszyć oczy jego „umięśnioną sylwetką”.

Jeździłem w przeszłości autami szybszymi, mocniejszymi, droższymi i bardziej prestiżowymi niż Stinger. Żaden jednak nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak Koreańczyk. A to dlatego, że większość marek ściga się ze sobą w tej samej konkurencji i jadą praktycznie zderzak w zderzak. Tymczasem Kia stworzyła swoją własną konkurencję, w której póki co nie ma żadnego bezpośredniego rywala. Stinger jest po prostu inny. Wyjątkowy. A wyjątkowość to w dzisiejszych czasach bardzo rzadka cecha.

Powiązane artykuły

Komentarze (3) do “Wreszcie jakiś powiew świeżości

  1. Pawel

    Stinger w wersji GTD (300 konny diesel) z jakimś uczciwym bakiem (bo 50l do benzyny 3.3 jest pomyłką) byłby moim kolejnym samochodem.

  2. Aeroxf1

    Pytanie odnosnie altywnego wydechu? Czy na pewno mozna taki domowic?w poznanskim salonie nic o tym nje wiedza….

    1. S.Tinger

      Tak, na pewno można zamówić aktywny wydech. I naprawdę świetnie działa – jeździłem, widziałem, słyszałem. Ale jeżeli w Poznaniu nic nie słyszeli to… odezwij się do mnie na priv (mail w zakładce „O mnie”). Postaram się pomóc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zgoda na przetwarzanie danych osobowych

Zgoda marketingowa